Uwielbiam światło, jakie pojawia się końcem lata: długie cienie, głęboka zieleń i ta subtelna miękkość, która pozwala zabłysnąć fotografowanej skórze. Późny sierpień to czas na fotografowanie tych wszystkich pomysłów, które zbieram w notesie przez cały rok. Koniec lata to też czas szczególnej bliskości, która pojawia się za każdym razem, gdy patrzę na ukochaną osobę przez lustra aparatu. Fotografia jest dla mnie towarzyszką bliskości. Tak się stało, że główną postacią moich cykli fotograficznych w ostatnich latach był tata.

Początkiem czerwca dostaliśmy diagnozę: czwarte stadium raka, nie ma piątego. Przed nami pojawiła się wizja ostatnich wspólnych chwil.

Choroba może być aktem upokarzającym i bezsensownym, ale może być również nauką miłośni mimo wszystko i pogodzenia się z naszą własną śmiertelnością, tak by próbować patrzeć na to tragiczne, lecz nieuniknione zjawisko rozsądnie i bez lęku. Tyle w teorii. W praktyce chciałam znaleźć sposób, by nauczyć się dostrzegać dobro i piękno w tych niezwykle trudnych momentach.

Twórczość zawsze była dla mnie sposobem na uważne przyglądanie się światu i szukanie innych punktów widzenia niezbędnych dla zdobywania wiedzy. To dlatego postanowiłam użyć sztuki i wykorzystać wsobność procesu haftowania do przemyślenia tego, co dzieje się wokół mnie. Zaangażowałam w ten proces najbliższych. Mama pomagała mi wymiarować, przyciąć materiał i obszyć go na maszynie, później syn i mąż pomagali mi z wymyślaniem wzoru, z organizowaniem przestrzeni do haftowania (często kryli mnie przed tatą, żeby nie odkrył niespodzianki). Chustkę dałam mu kilka dni po ogoleniu głowy, jako „nowe włosy”. Tata nosił ją, miał zawsze przy sobie.

Sam akt haftowania był dla mnie związany oswajaniem choroby i nauką akceptacji emocji, które jej towarzyszą. Wiedziałam, że nie jestem w stanie pokonać śmierci, mogę jedynie zadbać o to, żeby okoliczności umierania tj. samotność, cierpienie, wykluczenie społeczne były jak najmniej dotkliwe. Musiałam nauczyć się w krótkim czasie traktować chorobę i umieranie jako część życia, aby móc do obu procesów podejść uważnie, by ostatecznie móc wyłuskać i docenić piękno ostatnich chwil, które sobie dajemy. Bo doświadczanie choroby taty to też patrzenie na piękną mamę, która w pośpiechu przygotowuje dom i piecze ciasto na powrót ukochanego ze szpitala. To też ostatni wspólnie zjedzony ptyś, wypita kawa, przeczytana książka, powrót do ulubionej piosenki. Te drobnostki nabywają niezwykłego znaczenia w swojej ostateczności.

Tata by mężczyzną o wyglądzie Indianina: piwne, głęboko osadzone oczy, zakrzywiony nos, długie, czarne włosy i te plecy przypominające bochenki chleba. Przezwisko Cochise przylgnęło do niego już w młodości, z wiekiem jedynie się umocniło. Od dziecka był dla mnie Tatą Indianinem. Utrata włosów spowodowana skutkami chemioterapii nie była więc dla niego wyłącznie zmianą w wyglądzie, lecz miała charakter utraty fragmentu tożsamości. To dlatego głównym motywem chustki są pióra z pióropusza, który wśród Indian miał znaczenie religijne, był wręcz magicznym talizmanem ochronnym.

Ubrałam mu ją na głowę po śmierci podczas przygotowywania i mycia ciała (warto zawiązać chustę na szczęce, zanim ciało zastygnie, by ta nie opadła, by buzia nie była otwarta). Chustka została z nim skremowana.

Sam proces powstawania chustki i jej obecności w naszej rzeczywistości był symbolem walki o dobre życie z chorobą i umieranie.

4 stadium raka, 5 nie ma

Opowieść i dokumentacja fotograficzna z procesu powstawania chustki na głowę dla chorującego ojca, która ostatecznie stała się symbolem nauki dobrego umierania.